gdamian.pl
← Wszystkie wpisy
10 min

AI w mediach i social media: redakcja AI, oznaczanie treści i content farming 

Damian GębalaAutor

Od 2 sierpnia 2026 roku obowiązuje art. 50 unijnego AI Act, czyli obowiązek oznaczania treści wygenerowanych albo istotnie zmienionych przez sztuczną inteligencję. Za jego brak grozi kara do 15 mln euro albo do 3% światowego obrotu przedsiębiorstwa, w zależności od tego, która kwota jest wyższa. Redakcja, która ma przypisaną odpowiedzialność za publikację i prowadzi kontrolę redakcyjną, dostaje z tego obowiązku zwolnienie przy tekście o sprawach publicznych.

Najbardziej praktyczny jest ostatni element: redakcja z przypisaną odpowiedzialnością i kontrolą redakcyjną dostaje zwolnienie przy tekście o sprawach publicznych. Poniżej: kto musi oznaczać, co zostaje zwolnione, jakie są konsekwencje i po czym poznać content farming.

Kto musi oznaczać - trzy różne obowiązki, trzy różne strony

Art. 50 AI Act rozdziela odpowiedzialność między producentem modelu, osobą publikującą a redakcją. Zanim napiszesz cokolwiek, warto ustalić, w której roli wchodzisz w ten układ.

Dostawca AI ma najbardziej techniczne zadanie: musi zadbać, żeby to, co generuje model, było oznaczone maszynowo, czyli czytelne przez inne programy, a nie tylko dla oka. W oryginalnym brzmieniu przepisu to dostawcy systemów AI generujących syntetyczny obraz, dźwięk, wideo lub tekst AI Act nakazuje zapewnić, żeby wyniki działania systemu AI były oznaczone w formacie maszynowo czytelnym i wykrywalne jako sztucznie wygenerowane lub zmienione. Wyjątek przewiduje sytuacje, gdy AI tylko asystuje przy zwykłej edycji i nie zmienia danych wejściowych w sposób istotny.

Twórca materiału wideo lub zdjęcia bierze na siebie obowiązek ujawnienia deepfake'u, czyli materiału przedstawiającego osobę, wydarzenie albo miejsce w sposób, który sugeruje, że naprawdę się wydarzył, a tak nie było. Ten obowiązek obejmuje również wykorzystanie legalne w celu wykrywania i ścigania przestępstw.

Redakcja dostaje obowiązek w najwęższym zakresie przy dwóch kategoriach: deepfake oraz tekst publikowany po to, żeby informować społeczeństwo o sprawach interesu publicznego. Wszystkie trzy obowiązki trzeba spełnić najpóźniej w momencie pierwszego kontaktu użytkownika z treścią, w sposób wyraźny i możliwy do odróżnienia. W praktyce oznacza to jedno: etykieta w stopce filmu, oznaczenie pod grafiką albo notka przy artykule. Nie wystarczy napisać o tym wewnątrz treści w szóstym akapicie.

Ten sam mechanizm działa w branży zbliżenie, tyle że bez unijnego numeru artykułu. Tak wygląda zgodność produktowa z AI jako rosnący trend regulacyjny - tam chodzi o opakowania i deklaracje, a nie o treści w feedzie.

Wyjątek, o którym mało kto mówi: redakcja z odpowiedzialną osobą

W art. 50 ust. 4b jest wyłączenie, które pozwala uniknąć ujawniania pojedynczego tekstu o sprawach publicznych. O darmo, jeśli treść przeszła przegląd lub kontrolę redakcyjną z udziałem człowieka, a za publikację odpowiada konkretna osoba fizyczna lub prawna.

Brzmi to jak haczyk na papierze. W praktyce to inna jakość pracy redakcyjnej: AI może napisać wersję roboczą, poprawiasz ją i podpisujesz odpowiedzialną osobą. Obowiązek zdejmuje wtedy człowiek, nie model.

Ten sam mechanizm działa na poziomie produktu. Przy opisach produktów generowanych z danych katalogowych pytanie nie brzmi „czy użyto AI”, tylko „kto sprawdził, że opis odpowiada temu, co faktycznie leży w paczce”.

Ile grozi za brak oznaczenia

Wysokości kar określa art. 99 rozporządzenia. Za naruszenie zakazanych praktyk z art. 5 grozi do 35 mln euro lub do 7% światowego obrotu. Za naruszenie obowiązków operatorów, w tym właśnie transparentności z art. 50, mowa o karaniu do 15 mln euro lub do 3% światowego obrotu przedsiębiorstwa za poprzedni rok finansowy, przy czym stosuje się tę kwotę, która jest wyższa. Za podanie organom nieprawdziwych informacji wartość spada do 7,5 mln euro albo 1% obrotu.

Zwróć uwagę na konstrukcję „lub”. Nie ma sztywnej kwoty, którą zapłacisz - jest sufit, a w praktyce decyduje obrót. Dla małego bloga to raczej ryzyko reputacyjne, bo kwota z niewielkiego obrotu jest niska, a jawne zignorowanie obowiązku zostaje w aktach. Dla sieci z kilkunastoma markami liczy się obrót całej grupy.

Od 2 sierpnia 2026 roku nadzór nad rozporządzeniem sprawują Biuro AI oraz organy krajowe państw członkowskich. Komisja opublikowała 20 lipca 2026 roku wytyczne dotyczące obowiązków transparentności dla dostawców i użytkowników systemów AI, a miesiąc wcześniej opinię o kodeksie praktyk w zakresie oznaczania treści generowanych przez AI.

Co wymagają platformy

Prawo to jedno ograniczenie, a platformy mają własne - i to one w praktyce decydują, co realnie zobaczy Twoje odbiorstwo, bo rozkład zasięgu liczą przede oznaczonymi treściami.

PlatformaKiedy trzeba oznaczyćCo się stanie bez oznaczenia
YouTubeGdy AI przedstawia prawdziwą osobę robiącą coś, czego nie robiła, zmienia materiał z prawdziwego wydarzenia albo pokazuje realistyczną scenę, która nie miała miejscaRęczna etykieta AI, usunięcie treści albo zawieszenie udziału w programie partnerskim
TikTokGdy treść jest wygenerowana przez AI albo istotnie edytowana i pokazuje realistycznie wyglądające sceny lub osobyUsunięcie, ograniczenie albo etykieta dodana przez zespół TikToku, zależnie od wyrządzanej szkody
MetaGdy publikujesz treść organiczną z fotorealistycznym wideo albo brzmiącym realistycznie dźwiękiem, który został cyfrowo wygenerowany lub zmienionySankcje za brak ujawnienia przez narzędzie disclosure; możliwa etykieta dodana automatycznie

YouTube przy okazji jasno mówi, że oznaczenie nie kosztuje zasięgu ani przychodu: poinformowanie o treściach wygenerowanych przez AI nie ogranicza liczby odbiorców filmu ani nie wpływa na możliwość zarabiania na tych treściach. Straty nie biorą się z etykiety. Biorą się z braku wiarygodności u odbiorcy, a po stronie algorytmu z reakcji na wzorce zachowań, o których niżej.

YouTube sam rozpoznaje część takich materiałów i zakłada etykietę automatycznie, między innymi wtedy, gdy materiał zawiera metadane C2PA. Przy większości treści twórca może jeszcze poprawić błędną informację o użyciu AI. Nie da się tego zrobić w przypadku materiałów wygenerowanych narzędziami AI YouTube, zawierających metadane C2PA oraz oznaczonych po ręcznym sprawdzeniu.

AI w wyszukiwarce bez etykiety

Google ma osobną kategorię wytycznych o nazwie nadużywanie treści na dużą skalę. Definicja jest celowo szeroka: nadużycia na dużą skalę dotyczące treści polegają na wygenerowaniu wielu stron po to, aby manipulować rankingami wyszukiwania, a nie pomagać użytkownikom. Takie nadużycia koncentrują się zwykle na tworzeniu dużych ilości nieoryginalnych treści, które nie mają żadnej lub prawie żadnej wartości dla użytkowników, niezależnie od tego, jak zostały utworzone.

Definicja „niezależnie od tego, jak zostały utworzone” jest tu celowa. Wytyczne wymieniają między innymi korzystanie z narzędzi generatywnej AI do generowania wielu stron bez dodatkowej wartości dla użytkowników, tworzenie wielu stron bezsensownych dla czytelnika, wypełnionych wyłącznie frazami wyszukiwania, tworzenie wielu witryn w celu ukrycia skalowalnego charakteru treści oraz kopiowanie treści z innych witryn, modyfikowanie ich w niewielkim stopniu - na przykład przez podstawianie synonimów lub przy użyciu technik automatyzacji - i publikowanie ich ponownie. Wszystkie te praktyki są wprost wymienione, także te wykonywane bez AI. Osobno opisane są strony doorway, czyli witryny z nieznacznie różniącymi się adresami URL, mające uzyskać zasięg dla konkretnego zapytania.

Kara działa w obie strony: witryny naruszające te zasady mogą mieć niższą pozycję albo w ogóle nie pojawiać się w wynikach. Definicja spamu została przy okazji rozszerzona o manipulowanie odpowiedziami generatywnej AI w wyszukiwarce Google, więc wpływanie na to, co model Ci podpowiada, też jest w zakresie zasad.

Dla firmy oznacza to, że pytanie „czy mogę generować treści AI" jest nie w porządku. Właściwe brzmi: „czy generuję coś, co wnosi wartość dla czytelnika, czy tylko wypełniam siatkę". Samo narzędzie jest w wytycznych wymienione jako jeden z możliwych sposobów, a nie jako czynnik rozstrzygający. Jeśli wolisz podejście od strony jakości promptu i kontroli wyniku, opisałem to przy prompt engineeringu, który już nie wystarcza w 2026 roku.

Content farming w social media - po czym go poznać

Na social media reguły są ostrzejsze niż w wyszukiwarce, bo platformy sankcjonują całe konta, a nie pojedyncze wpisy.

TikTok wprost wyłącza z rekomendacji materiały nieoryginalne: treści są nieeligible dla kanału For You, jeśli zawierają nieoryginalny albo ponownie użyty materiał bez czegokolwiek nowego. W tej samej sekcji platforma wymienia fałszywe zaangażowanie: jeśli wykryjemy konta lub treści z nieprawdziwymi wskaźnikami, usuniemy sztuczne polubienia, obserwujących czy inne napompowane sygnały. Osobno zapisany jest zakaz używania narzędzi automatyzacyjnych i skryptów służących do obejdzenia systemów, co może skutkować usunięciem treści albo zbanowaniem konta.

Jeśli prowadzisz kanał przez narzędzia, które same generują i publikują, automatyzacja social media w 30 dni opisuje, gdzie przebiega granica między porządkowaniem pracy a obchodzeniem zabezpieczeń.

Meta rozwiązuje to inaczej. Zamiast usuwać pojedynczy materiał za wytworzony przez AI, wymaga ujawnienia go narzędziem disclosure, a przy powtarzających się naruszeniach działa na poziomie konta: mogą dostać ograniczoną dystrybucję, ograniczenia w reklamowaniu albo usunięcie z platform. To najbliższe temu, co w branży nazywa się content farmingiem: konto produkujące dużo materiału bez własnej wartości, traktujące zasięg jako jedyny cel.

Nie musisz mieć tu rozstrzygającej liczby. Wystarczy obserwacja: konta publikujące wyłącznie na podstawie jednego szablonu, mające w opisie kilkadziesiąt „projektów” i milczące w komentarzach - to wzorzec. O tym, jak takie sygnały wychodzą na zewnątrz, pisałem przy wykrywaniu oszustw opartych na AI.

C2PA i Content Credentials - standard, który działa w tle

Jest jeden standard techniczny, który łączy obowiązek prawny z tym, co platformy potrafią rozpoznać automatycznie. C2PA, czyli Coalition for Content Provenance and Authenticity, dostarcza otwartego standardu technicznego, dzięki któremu wydawcy, twórcy i odbiorcy mogą ustalić pochodzenie i edycje treści cyfrowych. Standard nosi nazwę Content Credentials i działa jak etykieta wartości odżywczych dla treści cyfrowej, pokazując jej historię.

Skala adopcji jest już poważna: koalicja podaje ponad 500 firm, a wśród wymienionych liderów technologicznych i medialnych są między innymi Microsoft, Adobe, Intel, BBC, Sony, OpenAI, Google, Meta i Amazon. Specyfikacja doczekała się już wersji 2.4, a dla każdej wersji koalicja publikuje osobno specyfikację techniczną, materiał wyjaśniający, wytyczne dla implementujących oraz schematy CDDL i JSON.

Dlaczego to ważne właścicielowi małej firmy? Bo art. 50 ust. 2 wymaga oznaczenia w formacie maszynowo czytelnym. C2PA jest w tej chwili jedynym powszechnym standardem, który ten format realizuje, a YouTube etykietuje automatycznie materiały zawierające metadane C2PA. Jeśli robisz wideo, to najprostsza droga do oznaczenia, którego platforma nie zakwestionuje.

Ruch z wyszukiwarki: spór o dane

Nie da się dziś uczciwie napisać, że AI Overviews zabija ruch. Sam Google twierdzi coś wręcz odwrotnego: łączna liczba kliknięć organicznych z wyszukiwarki do stron pozostaje względnie stabilna rok do roku, a średnia jakość kliknięć wzrosła - Google wysyła nawet odrobinę więcej kliknięń wyższej jakości niż rok wcześniej, przy czym jakością kliknięcia jest takie, po którym użytkownik nie wraca natychmiast. Firma odpiera przy tym raporty stron trzecich sugerujące dramatyczne spadki ruchu, wskazując na wadliwe metody, pojedyncze przypadki i zmiany sprzed wdrożenia funkcji AI w wyszukiwarce.

Jednocześnie to samo biuro komunikatów przyznaje, że zasięg jest nierówny. Przy pytaniach o szybką odpowiedź użytkownik zadowala się pierwszą odpowiedzią i nie klika dalej, a to, po co ludzie klikają, zmienia charakter: częściej szukają stron z forami, wideo, podcastami i wpisami, w których słychać autentyczne głosy i perspektywy z pierwszej ręki.

To drugie zdanie jest dla Twojej firmy ważniejsze niż spór o procenty. Jeśli Twoje treści są generowane masowo, nie masz pierwszej ręki i nie masz autentycznego głosu - jesteś dokładnie tam, gdzie algorytm nie chce Cię widzieć, niezależnie od tego, czy ogólny wolumen kliknięć rośnie, czy nie. Jak Twoja strona znika z Google AI Overviews rozpisuje to po stronie widoczności.

Co zrobić w firmie w tym tygodniu

Sześć rzeczy, które da się domknąć bez budżetu i bez prawnika. Kolejność jest celowa - najpierw to, co chroni przed karą, potem to, co poprawia jakość.

  1. Ustal, kto jest odpowiedzialny za publikację. Imię i nazwisko jednej osoby, zapisane wewnętrznie. To warunek, który zdejmuje z redakcji obowiązek ujawniania przy tekście o sprawach publicznego interesu.
  2. Spisz materiały, w których użyto AI. Nie musisz oznaczać wszystkiego. Sprawdź, które z nich pokazują realistyczne osoby, wydarzenia albo sceny - to one wymagają ujawnienia.
  3. Wstaw etykietę tam, gdzie pierwszy z niej zobaczą. Stopka wideo, notka pod grafiką, oznaczenie w Atrybutach na YouTube, disclosure na Meta. Nie w treści szóstego akapitu.
  4. Włącz wykrywanie automatyczne, jeśli je masz. Narzędzia takie jak Google SynthID, Adobe Content Credentials czy narzędzia z metadanymi C2PA zdejmują część roboty, zanim zrobi ją człowiek.
  5. Przejrzyj ostatnie 30 postów pod kątem powtarzalności. Jeśli dwa z nich mają identyczną strukturę i różnią się tylko nazwą produktu, to jest moment, w którym decyzja o wyrzuceniu reszty jest jeszcze tania.
  6. Sprawdź, co robią z Twoimi wygenerowanymi materiałami boty. Jeśli zatrzymują się na bot wallu albo na formularzu, masz taki sam problem z indeksacją, który ma każda farma treści opisany w wytycznych Google.

Żadna z tych rzeczy nie wymaga firmy zewnętrznej. Wymaga jednej decyzji: kto w firmie bierze odpowiedzialność za to, co wychodzi.

Robisz coś podobnego u siebie?Napisz do mnie

Masz proces, który zjada tydzień pracy? Odzyskajmy ten tydzień.

Napisz do mnie